Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 195 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

moje płyty

niedziela, 31 lipca 2011 17:34

Wszystkie płyty, o których do tej pory pisałem, są na tej półce


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Pożegnanie jazzowej

środa, 13 lipca 2011 14:50

Właśnie pożegnaliśmy wspaniałą dziewczynę, dzielną do końca. Nie znałem jej osobiscie. Dzięki blogowi, który pisała wszyscy możemy Ją teraz poznać. W ostatnim wpisie mówi o nowych perspektywach leczenia, niestety nie dostała tej szansy. Poczytajcie jak była wspaniała i pełna nadziei, i optymizmu mimo wszystko. Żegnaj jazzowa dziewczyno , tak napisał Maciej na swoim blogu. Pozwoliłem sobie też tak napisać.

http://jazzowa.blogspot.com/

będę tutaj zaglądał i będę pamiętał.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Matt Schofield - wywiad z 2011 roku

piątek, 08 lipca 2011 13:30

Jeszcze raz sobie ułatwię. Trochę jestem usprawiedliwiony bo chciałbym zakończyć ( do czasu wydania kolejnej płyty ) temat Matta Schofielda. Myślę, że to jeden z najlepszych gitarzystów tzw. młodego pokolenia. Oczywiście nie chodzi tutaj o tworzenie rankingów ( osobiście ich nie znoszę ). Poniżej przytaczam wywiad z tym muzykiem, który ukazał się na stronach magazynu „GITARZYSTA” w 2011 roku.

 

*    *    *

Właśnie wydał nowy album koncertowy i szkołę gry na DVD. Widać, że ostatnio dużo się dzieje w jego życiu zawodowym. Matt Schofield, bo o nim mowa, ciężko zapracował na miano jednego z największych talentów bluesowych w Wielkiej Brytanii. Możemy być pewni, że nie zabraknie nam tematów do rozmowy...

Gwiazda Schofielda błyszczy coraz jaśniej, i to nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale także za oceanem. To przede wszystkim zasługa samego artysty, który jest niezmordowany, jeśli chodzi o liczbę koncertów. I to jakich koncertów! - Schofield jest na scenie po prostu genialny. W recenzji opublikowanej na łamach lokalnej gazety "Los Angeles Daily News" napisano: "Schofield to najlepszy od kilku dekad gitarzysta bluesowy". Jeszcze dobrze nie wystygł ostatni album studyjny artysty "Heads, Tails And Aces", a już światło dzienne ujrzała kolejna produkcja "Live From The Archive". To zapis koncertu z 2007 roku, który stanowi prawdziwą ucztę dla fanów - muzyk wystąpił na żywo w holenderskiej rozgłośni radiowej. Jeśli ktoś ma ochotę zgłębić twórczość Schofielda oraz jego technikę gry, warto sięgnąć po najnowszą szkołę gry na DVD nagraną przez tego artystę. Płyta nosi tytuł "Blues Guitar Artistry" i została wydana przez wydawniczego giganta, amerykańską firmę Hal Leonard. Fanom na pewno nie umknął uwadze jeszcze jeden ważny fakt - Schofield zmienił gitarę. Obecnie gra na instrumencie SLV, który został wykonany przez lutnika Simona Lawa, technicznego i długoletniego przyjaciela Matta.

 

Jak doszło do tego, że twój piękny Stratocaster przeszedł na zasłużoną emeryturę?

 

Cóż, coraz trudniej było utrzymać w dobrym stanie mojego starego przyjaciela, Fendera Stratocastera z 1961 roku. Nie miałem czasu należycie się nim zająć, bo mój grafik koncertów był coraz bardziej napięty. Zacząłem się martwić, czy nic mu się nie stanie podczas długich podróży samolotem. W końcu trzeba było go zastąpić, przecież grałem na nim każdy koncert w ciągu ostatnich dziesięciu lat! Z pomocą przyszedł mi Simon Law z SLV Guitars, którego znam dosłownie od dziecka. Kupowałem struny w sklepie, gdzie wtedy pracował. Później jeździł ze mną w trasy jako techniczny. Zawsze konsultowałem się z nim w kwestii brzmienia gitary bądź wzmacniacza.

 

 

 

Od czego zacząłeś, szukając nowej gitary?

 

Pracowaliśmy nad kilkoma gitarami i w końcu udało się nam zaprojektować taką, z którą czuję się najlepiej. To instrument SLV Daytona, na którym obecnie gram. Lubię tę gitarę przede wszystkim dlatego, że bardzo przypomina mi Stratocastera. Wreszcie moje stare wiosło może odpocząć i nie muszę go targać ze sobą po całym świecie! A był taki moment, kiedy myślałem, że już na zawsze stracę swoją starą gitarę. W zeszłym roku linie lotnicze zgubiły ją - gdzieś pomiędzy Włochami i Belgią. To było nie na moje nerwy. Nie mogłem znieść myśli, że nie ma jej przy mnie. A gdy wreszcie przyleciała ostatnim samolotem, specjalnie w środku nocy pojechaliśmy odebrać moją wysłużoną, bezcenną gitarę z lotniska.

 

 

Jak wszedłeś w posiadanie tej gitary? Podobno było to dawno temu w Ameryce...

 

Wybrałem się z tatą na zakupy gitarowe w Nowym Jorku. Miałem wtedy może ze dwadzieścia dwa lata. Naszym celem było znalezienie jakiegoś starego Stratocastera. Chcieliśmy się zmieścić w kwocie od czterech do pięciu tysięcy dolarów. Akurat wtedy dramatycznie podskoczyły ceny gitar vintage. Przeszliśmy dosłownie całe miasto i nie było nic poza starymi, naprawdę sfatygowanymi instrumentami. Dzwoniliśmy do wszystkich sklepów z książki telefonicznej i magazynu "Vintage Guitars". Muszę dodać, że Internet nie był jeszcze wtedy tak popularny jak obecnie. W końcu natrafiliśmy na dystrybutora działającego pod nazwą Sunrise Vintage, którego właściciel niestety już dziś nie żyje. Wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy w głąb stanu, żeby obejrzeć gitary, jakie oferował. Od razu odniosłem wrażenie, że gość ma oko do dobrych instrumentów, i nie myliłem się, bo to właśnie u niego znalazłem mojego wymarzonego Stratocastera. Ta gitara uosabia wszystko to, co jest dla mnie ważne w instrumencie. Oryginalne przetworniki trochę się już zdezelowały i muszę je przewinąć, ale przez długi czas używałem też przetworników Suhr i Lindy Fralin. Gitara ma bardzo mocne, akustyczne brzmienie. Jak na Stratocastera ma dość ciemny i nieco przybrudzony sound. Ma podobne brzmienie do Stratocastera Number One Steviego Raya Vaughana. Niezależnie od tego, jakiego przetwornika użyję, jej charakterystyczne brzmienie zawsze wychodzi na plan pierwszy, ale pod warunkiem, że są to przetworniki vintage o niezbyt mocnym sygnale.

 

 

Co jest dla ciebie najważniejsze przy wyborze przetworników?

 

Ostatnio preferuję przetworniki o niskim poziomie sygnału. Nie od razu się do nich przekonałem, bo kto lubi cienkie, wątłe brzmienie? Ale jeśli masz porządną gitarę, która dobrze rezonuje i ma solidne struny, to te przetworniki wydają się najlepsze, ponieważ doskonale oddają wszelkie niuanse artykulacyjne. Na Stratocasterze mam przetworniki firmy Suhr.

 

 

Jak zabrałeś się za projektowanie nowej gitary? Od czego zacząłeś?

 

Ponieważ Simon bardzo długo ze mną współpracuje, zna mojego Stratocastera lepiej niż ktokolwiek inny. To on kontrolował wszystko, począwszy od kąta mocowania gryfu i głębokości jego osadzenia, przez wysokość strun, a skończywszy na szczegółach dotyczących płytki ochronnej. Wiedziałem, że zwraca dużą uwagę na szczegóły i miałem pewność, że będę zadowolony z gitary, nad którą pracował. Wpadł nawet na pomysł, żeby pomalować ją w kolorze samochodu Ferrari Daytona z późnych lat 60., który zobaczyliśmy kiedyś w programie "Top Gear" - prowadzący wybrali się nim na przejażdżkę po francuskiej Riwierze. Pomysł był trafiony w dziesiątkę, bo gitara rzeczywiście wygląda świetnie. SLV Daytona ma dość grube progi (takie jak progi 6100 w moim Stratocasterze) oraz solidne siodełko, które moim zdaniem ma duży wpływ na końcowe brzmienie i wygodę gry, szczególnie przy podciąganiu strun. Jeśli chodzi o mostek, to zastosowaliśmy konstrukcję Callaham Tremolo, ponieważ jest to bardzo dobry i sprawdzony sprzęt. Z kolei przetworniki to modele Suhr Fletcher Landau, które dają takie brzmienie, jakiego potrzebuję. Simon obecnie współpracuje z firmą Amalfitano z Teksasu nad wyprodukowaniem przetworników według jego specyfikacji. Nie mogę się już doczekać, kiedy je usłyszę w akcji!

 

 

Jakich wzmacniaczy obecnie używasz?

 

W ciągu ostatnich pięciu czy sześciu lat używałem wzmacniaczy Two-Rock Custom Reverb i nie mam do nich absolutnie żadnych zastrzeżeń. Brzmią świetnie i, co jest dość istotne, nigdy nie miałem z nimi problemów w trasie. Od zawsze byłem fanem wzmacniacza Fender Blackface Super Reverb i moim zdaniem Two-Rock zrobił po prostu jego udoskonaloną, większą wersję. Ta firma wykonała też dla mnie zestaw głośnikowy 4×10". Zaczęło się od tego, że pojechałem do Kalifornii, aby spotkać się z Billem Krinardem, założycielem firmy Two-Rock. Powiedziałem mu, że chciałbym nieco odejść od brzmienia typowego dla konstrukcji marki Dumble. Ucieszył się i od razu zaczął pracę nad sprzętem dla mnie. Zbudował jednokanałowy prototyp, który dawał mocne i czyste brzmienie z ładnym reverbem i paroma przydatnymi opcjami do regulacji podbicia sygnału. Może się powtarzam, ale ten sprzęt naprawdę fantastycznie brzmi i jest znacznie prostszy niż wzmacniacze, z których firma Two-Rock jest znana. Obecnie pracujemy nad sygnowanym przeze mnie modelem wzmacniacza. To będzie niezłe cacko. W paczce mam zainstalowane cztery dziesięciocalowe głośniki Eminence Ragin Cajun, które dają naprawdę solidne i raczej neutralne brzmienie z delikatnie wyeksponowanym środkiem. Dzięki temu można będzie uzyskać spotęgowane i wzmocnione brzmienie znane z konstrukcji typu Blackface, które daje niezłego kopa. Prototypy są 50-watowe i oferują naprawdę ogromną dawkę mocy, w moim przypadku całkowicie wystarczającą. Jestem bardzo zadowolony ze współpracy z firmą Two-Rock. Dosłownie mnie rozpieszczają ogromnymi możliwościami wyboru. Kilka tygodni temu znowu ich odwiedziłem i znowu przywitali mnie garścią nowych pomysłów. To wprost niewiarygodne, ale oni nadal jeszcze udoskonalają ten wzmacniacz.

 

 

Czy zabierasz w trasy swoje starsze wzmacniacze?

 

Raczej nie. Tak jak staram się oszczędzać mojego starego Strata, tak samo nie zamierzam brać w trasę wzmacniacza Blackface z 1964 roku. Dbanie o niego i utrzymanie go w dobrym stanie wymaga dużo zachodu. Powinienem też wspomnieć o wzmacniaczach Dr. Z, których również ostatnio używam. John ze sklepu Peach Guitars zaprezentował mi wzmacniacz model Dr. Z EZG-50 i muszę przyznać, że od razu połknąłem bakcyla. To świetny sprzęt - brzmi jak rasowy, doskonale wyregulowany Super Reverb. Zawsze staram się używać dwóch wzmacniaczy. Lubię mieć też pod ręką wzmacniacze marki Matchless, przede wszystkim modele Chieftain i King Cobra. No cóż, to jest chyba prawda, kiedy ludzie mówią o mnie, że mam świra na punkcie wzmacniaczy! (śmiech).

 

 

Z efektami jest chyba wręcz przeciwnie - wiemy, że nie używasz zbyt wielu...

 

Najlepszy przester, jaki kiedykolwiek wpadł mi w ręce, to japońska kostka Providence SOV-2. Ten efekt kupiłem sobie około czterech lat temu i jak dotąd jest niedościgniony, nic nie jest w stanie go zastąpić. W celu podbicia sygnału używam efektu Klon Centaur. Odkąd wyszły z produkcji, osiągają absurdalnie wysokie ceny na eBayu. Widziałem jeden nawet za tysiąc dolarów! Lubię też finlandzkie efekty firmy Mad Professor, szczególnie Little Green Wonder. Ale wracając do pytania - rzeczywiście staram się nie nadużywać efektów, wolę raczej upraszczać sobie pracę.

 

 

Opowiedz nam o szkole gitarowej na DVD, którą ostatnio wydałeś.

 

Czułem się zaszczycony, kiedy poproszono mnie o jej nagranie - pierwsza szkoła gry, z którą się w życiu zetknąłem, była wydana właśnie przez firmę Hal Leonard. Na rynku jest mnóstwo podobnych do siebie nagrań instruktażowych, dlatego zależało mi na tym, aby nie powielać tego samego schematu. Nie chciałem, żeby nagrano, jak siedzę i gram skale czy zagrywki. Nie zamierzałem nikogo zanudzać. Nie tak podchodzę do gry na gitarze. Wszędzie można się dowiedzieć, co to jest skala miksolidyjska i jak się ją gra. Moim zamiarem było stworzenie czegoś bardziej konceptualnego. Nie chodzi tylko o grę na gitarze, ale też o cały kontekst z tym związany: jaką preferujesz muzykę, w jakim grasz zespole itd. Dlatego sprowadziłem cały zespół i zaprezentowałem przede wszystkim struktury bluesowe. Nie pokazuję, jak zagrać najbardziej efektowne zagrywki, nie daję też gotowych rozwiązań. Do dobrej gry nie prowadzą niestety żadne drogi na skróty. Trudno to przekazać w jednym materiale wideo, ale zdaje się, że ludzie od razu zrozumieli, o co mi chodzi. Staram się uczyć innych nie tyle grać, ile podejścia do samej gry i do tworzenia muzyki. Chcę, żeby moi odbiorcy nauczyli się czuć muzykę, czuć bluesa. Uczę, jak złapać emocjonalny kontakt z publicznością właśnie za pomocą muzyki. Technika gry jest środkiem, a nie celem samym w sobie. Starałem się przyjrzeć narzędziom, których używam do wyrażenia konkretnych emocji, i okazało się, że najważniejsze jest brzmienie. Nie chodzi o to, jakiego używasz sprzętu, ale w jaki sposób dotykasz strun gitary. Bardziej staram się inspirować, niż instruować.

  

Czym jest dla ciebie gra na gitarze?

 

Gra na gitarze jest dla mnie po prostu wszystkim, jest całym moim światem. Ale niekoniecznie lubię to życie w trasie, musimy bowiem ciągle podróżować, jemy rzeczy, których nie lubimy, jesteśmy z dala od domu i śpimy w hotelach. I to jest ta mniej przyjemna część, za którą nam płacą. Za granie muzyki nikt nie musi mi płacić. Płacą mi więc za to, że jestem w trasie, a koncert, który gramy wieczorem, traktuję jako nagrodę.

 

 

Czego możemy się spodziewać w 2011 roku po artyście, który nazywa się Matt Schofield?

 

Druga połowa zeszłego roku minęła nam pod znakiem koncertów - odbyliśmy dużą trasę po Stanach Zjednoczonych. Jest nieźle, właśnie zabieramy się za nagranie kolejnego albumu studyjnego w Nowym Orleanie. Jesteśmy tam, gdzie prowadzi nas muzyka.

 



Jamie Crompton

*    *    *

Dla mnie Matt Schofield to wspaniały muzyk i wyjątkowo skromny człowiek, czekam na jego kolejne płyty, a gdyby tak jeszcze koncert w Polsce to ... brak słów


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Matt Schofield - wywiad 1

poniedziałek, 04 lipca 2011 11:25

Trochę idę na Łatwiznę, ale pomyślałem, że warto przypomnieć wywiad z Mattem Schofieldem. Jest on dostępny na stronach pisma "Gitarzysta" dla ułatwienia zamieszczam go tutaj

Matt Schofield

Naszym rozmówcą jest Matt Schofield, bardzo utalentowany brytyjski gitarzysta bluesowy, który swoją przygodę z gitarą rozpoczął w wieku ośmiu lat.

 

W jaki sposób zaczęła się twoja przygoda z gitarą?

 

Dorastałem, słuchając płyt bluesowych z kolekcji mojego taty, dlatego od dziecka byłem otoczony brzmieniem gitary bluesowej. Jak tylko sięgam pamięcią wstecz, słuchałem dobrej muzyki w wykonaniu samych najlepszych muzyków. Po raz pierwszy sięgnąłem po gitarę w wieku ośmiu lat, ale muszę przyznać, że na początku było to jedynie niezobowiązujące brzdąkanie i nic więcej.

 

 

Czy pamiętasz jakiś moment przełomowy, który zmienił twoje podejście do życia i gry na instrumencie?

 

Moment przełomowy nastąpił, gdy miałam dwanaście lat. Wtedy obejrzałem wideo z jam session B.B. Kinga, Alberta Collinsa i Steviego Raya Vaughana. Ten materiał zrobił na mnie ogromne wrażenie, nie widziałem wcześniej niczego podobnego. Nie chodziło tylko o to, że wszyscy trzej byli świetnymi muzykami, ale raczej o to, że grali z ogromną pasją i potrafili się przy tym świetnie bawić. Oglądanie tego jam session było dla mnie niesamowicie ekscytującym przeżyciem, które zainspirowało mnie do dalszych poszukiwań. Na zasadzie po nitce do kłębka zacząłem odkrywać innych gitarzystów bluesowych. I tak na przykład, studiując korzenie Steviego Ray Vaughana, trafiłem na Alberta Kinga. W ten sposób odkryłem mnóstwo wspaniałych gitarzystów. Postanowiłem być taki jak oni. Chciałem dotrzeć do źródeł muzyki, by poznać ją od podszewki. Zacząłem działać od razu, skrzyknąłem kolegów i założyliśmy zespół. Zaczęliśmy dawać koncerty, kiedy miałem trzynaście lat! I od tamtego czasu praktycznie nie robię nic innego. Kolejnym ważnym dla mnie momentem było odkrycie Robbena Forda. Miałem wtedy jakieś piętnaście lat. Ford wyraźnie różnił się od starszego pokolenia gitarzystów, których muzyki wtedy słuchałem. Choć grał bluesa i jak tamci miał wspaniałe brzmienie, to jednak jego warsztat był dużo bogatszy, posługiwał się szerszym wachlarzem środków wyrazu. Używał bardziej rozbudowanych akordów i nie bał się eksperymentować nawet z tradycyjnym dwunastotaktowym bluesem. Robił to w sposób naprawdę ciekawy, melodyjnie zaawansowany i wyszukany. Zresztą w skład jego zespołu, The Blue Line, wchodzili prawdziwi wirtuozi. Nigdy wcześniej nie słyszałem tak świetnej sekcji rytmicznej. Jej członkowie nie tylko akompaniowali gitarzyście, ale wzbogacali muzykę o swoje własne elementy. Zacząłem studiować ich korzenie i odkryłem, że Robben słuchał dużo jazzu, także z sekcją dętą. W ten sposób zaczęła się moja przygoda z jazzem. Moje zainteresowania bardzo się poszerzyły. Nie interesował mnie już tylko blues, ale muzyka w ogóle. Po prostu fascynowali mnie wielcy muzycy, a sam gatunek muzyczny, jaki uprawiali, nie był już tak ważny. Od tego momentu sam zacząłem eksperymentować. Stopniowo wzbogacałem swoje surowe, bluesowe brzmienie o elementy bardziej wyszukane, pochodzące z innych gatunków muzycznych. W pewnym momencie postanowiłem, że postaram się być jak najlepszym muzykiem, a nie tylko najlepszym gitarzystą. Poza tym wszystkiego, co najważniejsze, nauczyłem się na scenie, grając z innymi muzykami, którzy byli lepsi ode mnie. Wiedziałem, że tylko w ten sposób można doskonalić swoje umiejętności i odkrywać wciąż coś nowego. Dorastałem na wsi i kiedy w wieku osiemnastu lat przeprowadziłem się do Londynu, to wtedy naprawdę otworzyły mi się oczy! Zacząłem współpracować z bardziej doświadczonymi muzykami.

 

Jakie masz najlepsze i najgorsze wspomnienie z grania na scenie i w studiu?

 

Jest ich tak wiele, szczególnie tych dobrych, że trudno mi wybrać kilka najlepszych. W 2007 roku wystąpiłem na Festiwalu Jazzowym w Montrealu i to był z pewnością jeden z najwspanialszych dla mnie momentów w ciągu ostatnich lat. To był mój pierwszy koncert w Ameryce Północnej, gdzie grałem dla sześciu tysięcy ludzi. Publiczność reagowała wspaniale, co było dla mnie i moich kolegów z zespołu bardzo miłym zaskoczeniem. To cudowne być ciepło powitanym przez taki tłum na nowym kontynencie. Mieliśmy wrażenie, że ci ludzie doskonale nas znają i naprawdę czują, o co chodzi w naszej muzyce. Muszę przyznać, że podczas koncertów w Wielkiej Brytanii nie zawsze tworzą się podobne klimaty... Kolejnym ważnym dla mnie wydarzeniem było muzykowanie z Robbenem Fordem, który zaprosił mnie do studia. To było niesamowite przeżycie. Większość moich ulubionych gitarzystów już niestety nie żyje, więc byłem bardzo szczęśliwy, że mogę zagrać z muzykiem, który miał na mnie tak duży wpływ. Bądź co bądź zostałem uznany za równego przez artystę, od którego tak wiele się nauczyłem. A zatem był to największy komplement, jaki mogłem otrzymać i który bardzo wiele dla mnie znaczył.

 

Twoje trio wzbudza duże zainteresowanie. Mógłbyś nam opowiedzieć o początkach tej formacji i o samych muzykach?

 

Trio powstało całkiem przez przypadek w 2002 roku i było początkowo jedynie projektem pobocznym. Wtedy każdy z nas grał w swoim własnym zespole, a mnie niespecjalnie interesowała kariera solowa. Graliśmy jeden koncert w tygodniu w maleńkim bluesowym klubie w Londynie. Spotykaliśmy się zupełnie niezobowiązująco i organizowaliśmy muzykowanie bardziej w stylu jam session niż prawdziwych koncertów. Graliśmy covery, stare piosenki bluesowe czy funky. Pewnego wieczoru nie mieliśmy basisty. Postanowiliśmy poprosić Jonny’ego Hendersona, żeby zagrał partie basowe na organach Hammonda, tak jak to było w starych składach z lat 50. Chodziłem z Jonnym do szkoły i graliśmy razem przez wiele lat, dlatego wiedziałem, że sobie poradzi. Tego wieczoru za bębnami zasiadł Evan Jenkins - z nim z kolei grałem wcześniej w wielu innych zespołach i bardzo sobie ceniłem jego umiejętności. Gdy wyszliśmy więc na scenę, to już przy pierwszych dźwiękach muzyki pojawił się na naszych twarzach uśmiech. Czuliśmy, że odkryliśmy naprawdę szczególne połączenie różnych osobowości, a kiedy już chwilę graliśmy, wytworzyła się między nami prawdziwa chemia. Pomyślałem, że wreszcie odnalazłem muzyków do mojego zespołu. Każdy z nich wnosi coś oryginalnego, swoje fascynacje muzyczne - czy to bluesowe, jazzowe, funkowe, czy rockowe. Zawsze zależało mi na tym, żeby zespół był właśnie sumą pojedynczych części składowych doskonale do siebie dopasowanych. Zresztą nie wyobrażałem sobie, że ja będę frontmanem, a sekcja rytmiczna będzie mi grzecznie akompaniować w tle. Gramy więc już sześć lat i dobrze nam z tym, ale już niedługo dołączy do nas czwarty członek zespołu - gitarzysta basowy. Właśnie skończyłem nagrywanie mojego pierwszego albumu w kwartecie, co było bardzo fajnym doświadczeniem. Uważam, że trzeba robić rzeczy inspirujące, które są ciekawe nie tylko dla samego siebie, ale i dla słuchaczy. Po prostu nadszedł czas na zmiany, i to wszystko.

 

W twojej grze słychać fascynację jazzem. Czy w przyszłości zamierzasz skupić się na tej stylistyce?

 

Raczej nie. Nie uważam się za jazzmana i nie aspiruję do tytułu gitarzysty jazzowego. Nigdy nie fascynowało mnie brzmienie tradycyjnej gitary jazzowej, ponieważ go nie czuję. Natomiast kocham gitarę bluesową, jej ekspresję, feeling i brzmienie. Jeśli chodzi o jazz, lubię jego prostszą, bardziej bluesową odmianę. Cenię sobie jazz grany na pianinie, a moim ulubionym pianistą jazzowym jest Oscar Peterson. Podziwiam też saksofonistę jazzowego Cannonballa Adderleya. Poza tym lubię słuchać klasycznego jazzowego tria, jak również podobają mi się najnowsze dokonania Johna Scofielda, którego muzyka ma tyle samo wspólnego z bluesem i funky, co z tradycyjną jazzową gitarą. Chciałbym kiedyś w przyszłości nagrać instrumentalną płytę funky w tym stylu i będzie to pewnie mój najbliższy związek z jazzem. Dalej nie zamierzam się posuwać.

 

Czyli nie odchodzisz zbyt daleko od bluesa?

 

Szczerze mówiąc, dla mnie cała muzyka jest bluesem! Nieważne, czy jest to blues, jazz, funk, czy soul. To po prostu muzyka! Jedynie ważne jest to, żeby była dobra. Myślę, że ludzie słyszą w mojej muzyce elementy jazzu, bo staram się dodać do niej trochę koloru, melodii. Niestety wielu ludzi kojarzy współczesną gitarę bluesową z graniem w górę i w dół skali pentatonicznej. To przykre, ponieważ w bluesie jest miejsce na o wiele więcej. Wystarczy posłuchać B.B. Kinga czy Alberta Kinga - ich muzyka jest bardzo melodyjna, choć prosta. W ich bluesie wszystko ze sobą współgra: akordy, melodie, technika. Ich gitary dosłownie śpiewają. Ten element został zagubiony, kiedy gitara bluesowa przechodziła przez etap o nazwie blues-rock. Ja nie staram się grać jazzu, staram się grać bardziej melodyjnie.

 

W jaki sposób ćwiczysz?

 

Nigdy nie ćwiczyłem w ogólnym rozumieniu tego słowa. Po prostu bardzo dużo grałem! Nie ćwiczyłem według żadnego planu ani grafiku. Uczyłem się poprzez słuchanie płyt. Najpierw usiłowałem perfekcyjnie odtworzyć to, co usłyszałem, ale później zacząłem improwizować. Teraz po prostu słucham bardzo dużo muzyki i wyłapuję podświadomie różne rzeczy. Jak gram na gitarze w domu, staram się je wkomponować w moją muzykę. Zależy, jaka muzyka mnie akurat interesuje. Nie przejmuję się za bardzo teorią ani nazwami gatunków muzycznych. Jeśli słyszę w głowie jakąś muzykę, to po prostu staram się ją zagrać. Bardzo lubię grać na gitarze, i to wszystko na ten temat!

 

Porozmawiajmy o sprzęcie. Na jakich grasz gitarach?

 

Od dziesięciu lat moją gitarą numer jeden jest oryginalny Fender Stratocaster z 1961 roku. Świetnie mi się na nim gra i muszę przyznać, że nie ma drugiej takiej gitary. Przez te lata zmieniałem w niej tylko przetworniki, ale cały czas mam zamiar wrócić do oryginalnych. Choć szczerze mówiąc, moja gitara jest tak stabilna, a drewno, z którego została wykonana, jest tak mocne, że brzmi zawsze tak samo, i to niezależnie od tego, jakie zainstaluję przetworniki. Oczywiście pod warunkiem, że są to pickupy vintage dobrej jakości. Krótko mówiąc, to gitara idealna dla mnie. Ma wspaniałe, mięsiste brzmienie. Gram na niej siedemdziesiąt procent czasu - mówię tu o koncertach i o pracy w studiu. Natomiast moja gitara numer dwa jest typu Telecaster. Zrobił ją dla mnie mój znajomy Simon Law. Instrument nazywa się SVL Sixty Custom i został zainspirowany modelem Telecaster Custom (Double Bound) z lat 60. Jestem bardzo zadowolony z efektu, który uzyskał Law. Wszystkie moje gitary mają progi jumbo 6100 lub 6105 i wyposażone są w struny .011-.054". I to wszystko, jeśli chodzi o gitary, na których obecnie gram. Ostatnią płytę nagrałem na kilku instrumentach, między innymi na japońskiej gitarze Tokai ES-120 (kopia Gibsona ES-335), którą również bardzo lubię. Używałem też pożyczonych gitar vintage, na przykład Fendera Telecastera z 1969 roku i Gibsona ES-335 z 1962 roku.

 

A co powiesz o wzmacniaczach?

 

Przez długi czas jednym z moich ulubionych wzmacniaczy był Fender Super Reverb z 1964 roku, który zresztą wciąż znajduje się wśród moich faworytów. Jeśli chodzi o koncerty, moim głównym wzmacniaczem jest 100-watowy Two-Rock Custom Reverb Signature. Z niego też jestem bardzo zadowolony, ponieważ ma niesamowite brzmienie, a do tego jest niezawodny. Konstruktorzy z firmy Two-Rock zbudowali mi także zestaw głośnikowy 4×10" i dzięki temu mogłem zachować charakter wzmacniacza Fender Super Reverb. Jest to teraz najbardziej wypasiony i ostry Super Reverb w moim zestawie, jaki kiedykolwiek słyszałem. Ma też przester! Jeśli chodzi o wzmacniacze, to czasem używam konstrukcji marki Matchless.

 

Jesteś miłośnikiem efektów, czy raczej ich unikasz?

 

Nie jestem ich wielkim zwolennikiem. Na dzień dzisiejszy uważam, że do stworzenia pożądanego brzmienia wystarczą mi moje palce, gitara i wzmacniacz. Im bardziej naturalne brzmienie, tym lepiej. Jestem purystą właśnie jeśli chodzi o brzmienie i artykulację. Czasem lubię użyć trochę delaya, żeby stworzyć klimat, a najlepszy efekt tego typu, jakiego kiedykolwiek używałem, to Mad Professor Deep Blue Delay. Co ważne, ten delay nie zakłóca dźwięku podstawowego, w czym przypomina mi starsze efekty typu echo, które bardzo lubię. Deep Blue Delay ma tę zaletę, że jest zamknięty w małym, poręcznym pudełku. W studiu zazwyczaj podpinam się bezpośrednio do wzmacniaczy, podkręcam je na tyle, na ile akurat potrzebuję. Jeśli chodzi o koncerty, to lubię mieć pod ręką przester Providence SOV-2 Overdrive wyprodukowany przez Pacifix Ltd w Japonii. Jest naprawdę wspaniały. I to by było na tyle, jeśli chodzi o efekty.

 

Czy znasz jakichś polskich muzyków?

 

Tak, mam kilku dobrych znajomych w Londynie, którzy pochodzą z Polski: Jake i Kate Zaitz, lepiej znani jako QuBee i Snake’s Blues Quartet. Niedawno wydali nowy album. Dużo razem jammowaliśmy w ciągu ostatnich lat i czerpaliśmy z tego wiele przyjemności. Ich syn, Artie, zapowiada się na bardzo dobrego gitarzystę.

 

Jakie rady dałbyś młodym gitarzystom?

 

Dla kogoś takiego jak ja nie jest to łatwe pytanie, jakby się mogło z pozoru wydawać. Przede wszystkim staram się wychwycić styl gry samych gitarzystów, a nie wsłuchiwać się w brzmienie gitary. Dla mnie najważniejszy jest muzyk, jego technika gry oraz środki ekspresji, jakie stosuje przy wyrażaniu swoich emocji. Czyli mówiąc inaczej, najbardziej istotną sprawą jest dla mnie odnalezienie własnego stylu gry. Trzeba wiedzieć, co się chce przekazać słuchaczom za pomocą instrumentu. Nad tym powinniśmy wszyscy nieustannie pracować. Doskonalenie własnego brzmienia i wyrażanie czegoś swoją grą jest absolutnie najważniejsze. Jedną wspólną rzeczą, jaką posiadali na przestrzeni dziesięcioleci wielcy gitarzyści - bluesowi, jazzowi czy rockowi - był właśnie własny, niepowtarzalny dźwięk. To on pozwolił im się wyróżniać, to dzięki niemu byli podziwiani i dlatego wciąż żyją w naszej pamięci. Nawet jeśli w grze słychać wpływy innych, wciąż musi w tym być obecny nasz własny styl. Oczywiście ludzie zawsze będą porównywać nas z innymi, co mnie często irytuje. Ale cóż, ludzie potrzebują mieć jakiś punkt odniesienia. W sumie jest to piękne, móc wyrazić swoje uczucia za pomocą instrumentu. Jeśli tylko będziesz grał prosto z serca, to z pewnością trafisz do szerszego grona odbiorców i nikt nie zakwestionuje twojej gry!



Wywiad przeprowadziliśmy dzięki uprzejmości agencji Bluesfactory (www.bluesfactory.pl).


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Matt Schofield na płytach innych muzyków

piątek, 01 lipca 2011 10:30

.

"Anything But Time" była ostatnią autorską płytą  Matta Schofielda na mojej półce. Jak już pisałem kiedyś, brał on jeszcze udział w nagraniach płyt innych muzyków.

Nie mam wszystkich (chyba) ale, żeby zakończyć temat w skrócie o nich opowiem.

Chronologicznie pierwszą jest album będący rejestracją trasy zespołu „Lester Butler Tribute Band”. ( Lester Butler – amerykański harmonijkarz i wokalista bluesowy,

łamiący konwencje bluesa. Koncertował głównie w Holandii.

Zmarł od przedawkowania w wieku 38 lat).

Tutaj można go posłuchać i zobaczyć: http://www.myspace.com/lesterbutler13

Zespół grał w 2002 roku w klubach Belgii i Holandii.

Oprócz Matta grali :

Peter”Big Pete” van der Pluym – harm.voc.;

Eddie Clark-dr.;

Rick Reed-bass;

Enrico Crivellaro-guit.

Na płycie jest osiem kompozycji Butlera ( jedna Sonny Boy Williamsona). Blues – rockowe granie, Matt brzmi inaczej niż na swoich późniejszych płytach ( miał wtedy 25 lat ).

Płyta warta posłuchania zwłaszcza , że nagrana na żywo. Wydana przez Me & My Blues pod tytułem "So Lowdown Tour 2002".

=========================

  

 

========================= 

Kolejny projekt z udziałem Matta to :

„Meat & Potatoes”

nagrane w 2005 roku przez trio Iana Siegala. Na płycie słychać

też Jonny Hendersona – na Hammondzie. Schofield jest

współproducentem płyty.

Tutaj informacje o płycie : http://www.nugenerecords.com/catalogue.php?id=NUG502

Dostępne jest też wydanie  CD + DVD ,

tutaj można posłuchać fragmentów mp3

http://www.nugenerecords.com/catalogue.php?page=listen&id=NUG605

 

=============================================

       

============================================= 

Ponieważ Siegal i Schofield nagrywają swoje płyty dla Nugene Records to dość często można usłyszeć ich wspólne granie. Tak było w przypadku płyty „Live at the Jazz Cafe”.

Kolejną płytą Iana Siegala , której producentem był Matt jest  „Swagger” .

=====================

  

 

=====================

Schofield zagrał na gitarze w czterech utworach i w jednym na banjo !!!

Informacje o płycie : http://www.nugenerecords.com/catalogue.php?id=NUG704

fragmenty do posłuchania : http://www.nugenerecords.com/catalogue.php?page=listen&id=NUG704

W 2009 roku Matt był producentem kolejnej płyty Siegala : „Broadside”.

=====================

===================== 

 

Wraz z Jonny Hendersonem(Hammond) zagrał

tam w dwóch utworach.

Info : http://www.nugenerecords.com/catalogue.php?id=NUG902

fragmenty mp3 :

http://www.nugenerecords.com/catalogue.php?page=listen&id=NUG902

 

Wszystkie płyty Nugene Records, można kupić na stronie internetowej wytwórni.

Wszystkie są warte posłuchania                               


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

wtorek, 26 września 2017

Licznik odwiedzin:  957 993  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O moim bloogu

blues, jazz, recenzje płyt, informacje o muzykach

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 957993
Wpisy
  • liczba: 176
  • komentarze: 575
Bloog istnieje od: 2517 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Ale seriale

Pytamy.pl